czwartek, 10 stycznia 2013

Recenzje: Imatry ciąg dalszy (Pierwszy tom przygód detektywa Kobyłkina)

Za oknem mróz i pełno śniegu, dlatego na rozgrzewkę proponujemy Wam pierwszą recenzję powieści "W otchłani Imatry". A już niedługo będziecie mogli dowiedzieć się jeszcze więcej o cyklu "Caryca hunhuzów" i o drugim tomie przygód detektywa Metodego Kobyłkina - wkrótce ruszy strona detektywmetody.pl (i będzie wyglądać tak: http://detektywmetody.wix.com/kobylkin). Zapraszamy!
*


Nagła śmierć miliardera, piękna kobieta, duże pieniądze, misterna intryga. „W otchłani Imatry” Aleksandra Ławrowa to dobrze napisany kryminał, którego akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku w Carskiej Rosji.

Aleksander Ławrow, to najbardziej znany pseudonim (a miał ich około 50-ciu) rosyjskiego pisarza i dziennikarza o polskobrzmiącym nazwisku Krasnicki. Aleksander Iwanowicz jest autorem ponad 100 powieści, w tym powieści historycznych i biografii, historii awanturniczych, ale i kryminałów. Autor o bogatym dorobku, który jednak nie zdołał przebić się na rosyjskim rynku czytelniczym, zmarł w Petersburgu po długiej chorobie pozostawiając rodzinę bez środków do życia. Jego grób nie zachował się.

„W otchłani Imatry” jest jedną z ośmiu książek autorstwa Ławowa, które łączy postać charyzmatycznego Metodego Kobyłkina. Śmiała intryga i niezawodna intuicja dociekliwego detektywa sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. Detektyw Metody Kiryłowicz Kobyłkin śmiało może konkurować z Sherlockiem Holmesem:

„Węch Kobyłkina działał niczym szósty zmysł – detektyw doskonale znał duszę przestępcy i potrafił wyczuć warunki, w jakich w człowieku budzą się drapieżne instynkty. […] Bez względu na rodzaj sprawy, dowolna zagadka istniała dla niego niesłychanie krótko. Niewiele czasu potrzebował, by odnaleźć nić przewodnią i po niej dotrzeć do kłębka”.

Wart podkreślenia jest także fakt, że polskie wydawnictwo zwróciło uwagę na rosyjski kryminał sprzed stu lat. Do tej pory czytelnicy nie mieli zbyt wielu okazji do tego, by móc sięgnąć po rosyjski kryminał, którego akcja rozgrywa się w realiach Carskiej Rosji. Trzeba mieć zatem nadzieję, że wydawnictwo pokusi się o wydanie kolejnych książek o przygodach niestrudzonego detektywa Kobyłkina, które śmiało konkurować mogą z przypadkami Joe Alexa czy Herkulesa Poirot.
Wiesława Szymczuk



piątek, 4 stycznia 2013

Wywiad z Arthurem Conan Doyle'em (część druga)

Mroczne, ale jak najbardziej serdeczne życzenia na dobry początek tego nie-pechowego 2013 roku! A dziś przygotowaliśmy dla Was drugą część wywiadu z twórcą Sherlocka Holmesa - niezmiennie najsprytniejszego detektywa w historii! Przyjemnej lektury :)

*
 
– Studia ukończyłem w wieku dwudziestu jeden lat – wspominał doktor Doyle. – Za dnia zajmowałem się medycyną, nocami pisarstwem. Nadarzyła się okazja, abym popłynął na morze arktyczne z wielorybnikami. Byłem tak zdeterminowany, że odłożyłem egzaminy o rok. Cóż za klimat panuje w tamtych stronach! Nie zdajemy sobie sprawy ze specyfiki tamtejszych warunków. Wierzę, że w nadchodzących latach Arktyka stanie się sanatorium dla świata. Tysiące mil z dala od wyziewów, gdzie powietrze jest czyste, chorzy i chromi będą mogli wracać do zdrowia, zażywając czystej wody i tlenu, których brakło im w innych rejonach świata.
 
 
– Co do połowów wielorybniczych, strzelania i boksu, miałem ku nim wiele okazji. Zwłaszcza dla do uprawiania tego ostatniego sportu, bowiem zabrałem ze sobą parę rękawic i wraz ze stewardem trenowaliśmy nocami. Świetnie się bawiłem podczas tej wyprawy, a kiedy wróciłem, udałem się z powrotem do Edynburga. Tam spotkałem człowieka, który stał się pierwowzorem Sherlocka Holmsa. Oto j jego portret, namalowany w czasach, kiedy był jeszcze mężczyzną w sile wieku, pełnym werwy i życia. Warto zaznaczyć, że ów człowiek nadal rezyduje w Edynburgu.
 
 
Spojrzałem na obraz. Moim oczom ukazała się podobizna doktora Josepha Bella, o którym usłyszałem od profesora Blackiego, kiedy odwiedziłem stolicę Szkocji.
 
– Byłem asystentem pana Bella – kontynuował doktor Doyle. – Do moich obowiązków należało ustalanie kolejności, w jakiej lekarz przyjmował pacjentów. Niekiedy było ich siedemdziesięciu, czy osiemdziesięciu. Kiedy lista była ułożona, wprowadzałem ich do gabinetu doktora Bella, który często pracował w otoczeniu studentów. Siła jego intuicji była wprost niewiarygodna. Pewnego dnia byliśmy świadkami, takiej sceny: wszedł pierwszy z pacjentów, doktor Bell obrzucił go spojrzeniem i powiedział: „Widzę, że cierpi pan na chorobę alkoholową. Schował pan nawet flaszkę za pazuchą”.
 
Wywołano kolejnego pacjenta.
 
„Szewc”, stwierdził doktor Bell i obrócił się do studentów: „Zwróćcie uwagę na wytartą nogawkę spodni po wewnętrznej stronie kolana. Tam unieruchamia się kopyto szewskie”.
 
– Zdolności dedukcyjne i inteligencja tego człowieka ogromnie mi zaimponowały. Siedział przede mną, wpatrzony w pacjenta świdrującymi, szarymi oczyma, o twarzy ściągniętej surowym grymasem, która uwidaczniała jego szczupłą twarz, i splatał palce dłoni w mocnym uścisku. Miał ogromnie zręczne ręce, trzeba to zaznaczyć. Uważnie studiował pacjentów, a wobec swoich studentów był bardzo szczery i niezwykle serdeczny. Kiedy odebrałem w końcu dyplom i udałem się do Afryki, nie sądziłem, że osoba mojego mistrza i nauczyciela, która wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, przyczyni się do porzucenia przeze mnie medycyny, aby zająć się pisaniem.
 
W 1882 roku doktor Doyle rozpoczął praktykę w Southsea i prowadził ją przez osiem lat. Z czasem miłość do literatury zaczęła podkradać czas, jaki przeznaczał na wypisywanie recept. W wolnych chwilach napisał pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt opowiadań, które przedłożył najbardziej znanym i poczytnym czasopismom. Niewielki ich wybór został opublikowany pod tytułem „The Captain of Polestar”, a później doczekał się czterech wydań. Doktor Doyle nie przepuszczał żadnej okazji, aby pisać, a osoba dawnego mentora zawsze pozostawała mu bliska. Wrócił do niej, pisząc opowiadanie „Studium w szkarłacie”, które, choć zostało odrzucone przez wiele redakcji, ostatecznie przyniosło autorowi wynagrodzenie w wysokości dwudziestu pięciu funtów. Po nim przyszedł czas na napisanie „Micah Clarcke”, opowiadania, którego akcja rozgrywa się podczas rebelii Monmoutha. Jego publikacja okazała się ogromnym sukcesem, podobnie jak i kolejne „The Sign of Four”, które umocniło reputację autora. W międzyczasie Sherlock Holmes powoli przypadał czytelnikom do gustu i wkrótce zaczęli dopytywać się o kolejne losy detektywa oraz niecierpliwie czekać na następne zagadki, jakie miał rozwiązać. Ku zawodowi czytelników, Holmes musiał poczekać na inne czasy.
 
– Postanowiłem, że sprawdzę, jak daleko mogę się posunąć. – opowiadał doktor Doyle.  –- Musi pan pamiętać, że w tamtym czasie nadal praktykowałem medycynę. Pisarstwo było dla mnie rozrywką, ale czułem, że może się ona przemienić w moją drugą profesję. Poświęciłem dwa lata na studiowanie historii czternastowiecznej Anglii, kiedy ta znajdowała się pod rządami Edwarda III. Nasz kraj był u szczytu potęgi, ale żaden z pisarzy nie zapuścił się w tej rejony, więc sam musiałem szukać źródeł. Samodzielnie zrekonstruowałem postać angielskiego łucznika, który dla mnie zawsze był najbardziej zadziwiającą postacią naszej historii. Scott świetnie przedstawił go jako wyjętego spod prawa banitę, ale mnie chodziło o żołnierza, jednego z najlepszych na świecie, twardego mężczyznę, który był oschły, pił i klął, ale jednocześnie miał nieskrępowaną duszę. Łucznicy byli wyjątkowymi ludźmi. Francuzi, którzy zawsze odznaczali się odwagą, próbowali z nimi walczyć, jednak w końcu musieli się poddać. Pozwolili angielskim armiom, aby te włóczyły się po ich ziemiach, ponieważ nie mogli sobie poradzić z łucznikami. Identycznie rzecz się miała i w Szkocji, i w Hiszpanii. Rycerstwo z kolei było znacznie bardziej ludzkie, niż nam się to wydaje i jak było przedstawiane. Siła miała niewiele wspólnego z rycerskością. Wielu z najsławniejszych rycerzy było słabeuszami. Chandosa uznano za uosobienie cnót rycerskich, kiedy miał na karku ponad osiemdziesiąt lat. Dwuletni okres moich studiów został zwieńczony powieścią „The White Company”, która, jak mi się wydaje, została już kilkukrotnie wznowiona.
 
– Jakiś czas później uznałem, że należy zakończyć praktykę w Southsea i przenieść się do Londynu, gdzie chciałem zająć się okulistyką. To gałąź medycyny, która jest szczególnie mi bliska. Studiowałem ją w Paryżu i w Wiedniu, a w tym drugim mieście napisałem „The Doings of Raffle Haws”. Po powrocie do Londynu wynająłem pokoje przy Wimpole Street, wywiesiłem mosiężną plakietkę na drzwiach i zacząłem przyjmować pacjentów, jednak cały czas byłem zasypywany zamówieniami na opowiadania. Po trzech miesiącach porzuciłem medycynę na dobre, przeniosłem się do Norwood i zacząłem pisać dla „The Strand Magazine”.
 
 
Z rozmowy z doktorem Doylem dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na temat przygód Sherlocka Holmsa. Ich autor zaczyna wymyślać opowiadanie od finału, a następnie opisuje wydarzenia, które do niego prowadzą. Mając zakończenie, swój kunszt pokazuje w ukryciu przesłanek, które na nie wskazują. Stworzenie opowiadania, podobnego do tych, które gościły na łamach naszego pisma, zajmuje tydzień czystego pisania. Pomysły autor czerpie z różnych źródeł, przychodzą mu do głowy podczas spacerów, jazdy na rowerze, grze w krykieta lub podczas meczu tenisowego. Doktor Doyle pisze między śniadaniem a obiadem oraz popołudniu. W ciągu dnia jest w stanie napisać do trzech tysięcy słów. Kiedy odwiedzałem autora, przysłano mu z Nowej Zelandii bardzo ciekawy opis wykorzystania trucizny, a jeszcze poprzedniego akta związane z podważanym testamentem z Bristolu. Takie materiały rzadko bywają potrzebne. Inne listy przychodzą od czytelników, którzy przeczytali właśnie najnowsze opowiadanie doktora i chwalą się, że sami rozwiązali zagadkę, lub przyznają, że jej nie przejrzeli. Doktor Doyle na razie nie siada do snucia kolejnej opowieści, bowiem przyznaje, nie chce obrzydzić czytelnikom swego ulubionego bohatera. Jak sam mówi, ma dość pomysłów, aby stworzyć drugą serię jego przygód. Z uśmiechem na ustach opowiadał, że rozważał kolejne opowiadanie o Sherlocku Holmesie, które ma być opublikowane na łamach naszego pisma. Intryga jest tak zawiła, że założył się z żoną o szylinga, iż nie rozwiąże zagadki przed końcem rozdziału!
 
Po wizycie u państwa Doyle’ów skontaktowałem się z panem Josephem Bellem z Edynburga, którego przenikliwy intelekt i nietuzinkowa osobowość stały się podwalinami do powstania postaci Sherlocka Holmsa. Niżej przytaczam w całości list, jaki otrzymałem od doktora Bella:
 
„2, Melville Crescent,
 
Edynburg, 16 czerwca 1892
 
Szanowny Panie,
 
Pytał pytał mnie pan o rodzaj lekcji, jakich udzielałem doktorowi Conan Doyle’owi, a które tak ciepło wspominał, opowiadając o swym fikcyjnym bohaterze, Sherlocku Holmsie. Muszę przyznać, że dzięki swemu talentowi pisarskiemu doktor Doyle ubarwił obraz swoich dawnych nauczycieli oraz wyolbrzymił rzecz zwykłą i normalną. A jest nią sztuka obserwacji, którą wpajamy studentom, bowiem przyjdzie im bowiem leczyć ofiary wypadków czy chorób. Podstawą jest umiejętność rozpoznania przyczyn schorzenia, co czyni się na podstawie drobnych symptomów, które odróżniają człowieka chorego od zdrowego. Po prawdzie każdego studenta uczy się, jak ma obserwować pacjenta. Aby rozbudzić w młodym lekarzu chęć zdobycia takiej umiejętności, my, nauczyciele, często uciekamy się do pokazania, jak wiele wprawny obserwator może dowiedzieć się o narodowości, życiu i zawodzie pacjenta, bez konieczności wywiadu. Sam pacjent także na tym korzysta. W przyszłości będzie obdarzał takiego lekarza zaufaniem, wierząc, że skoro w mig rozpoznał symptomy choroby, to równie szybko znajdzie na nią lekarstwo. Cała ta sztuka jest prostsza, niże mogłoby się wydawać.
 
Dla przykładu: fizjonomia mówi nam o narodowości człowieka, akcent o miejscu zamieszkania, a wprawny słuchacz wychwyci narodowe naleciałości  w mowie. Każde rzemiosło odciska swoje piętno na ciele: inaczej będą wyglądały blizny na rękach górnika, inaczej u kamieniarza.
 
 
Żołnierz i żeglarz różnią się sposobem chodu. W zeszłym miesiącu miałem pacjenta, który choć służył w wojsku, to za młodu pływał na statkach. Możliwości jest bez liku: tatuaż na przedramieniu będzie świadectwem przepłyniętych mil morskich, a ozdobny łańcuszek zegarka stanowi świadectwo, że pacjent to osadnik, któremu się powiodło. Biedak z Nowej Zelandii nie będzie nosił złotej biżuterii, a inżynier z Kolei Indyjskich kamyka Maorysów. Świadome wykorzystywanie zmysłów i baczna obserwacja sprawią, że wraz z pacjentem do gabinetu wkracza jego historia medyczna, narodowość, status społeczny. Doktor Conan Doyle dzięki swemu geniuszowi i lekkiemu pióru zbudował na podstawie analizy niebywałe opowieści detektywistyczne nowego sortu, ale zawdzięcza mi znacznie mniej, niż przypuszcza.
 
Pański oddany
 
Joseph Bell”
 
 
 
Przełożył: Marcin Roszkowski

(Wywiad ukazał się w trzecim numerze czasopisma „Coś na Progu” www.cosnaprogu.blogspot.com)


sobota, 29 grudnia 2012

Strona o cyklu Ławrowa

A z samego rana świeżynka od Wydawnictwa Dobre Historie - powstaje strona internetowa o cyklu "Caryca hunhuzów" autorstwa Aleksandra Ławrowa. Już teraz zapraszam do zapoznania się z informacjami o serii. Na stronie znajdziecie też notę o autorze, piękne ilustracje Krzysztofa Chalika, a także fragmenty powieści "W otchłani Imatry".

 

piątek, 28 grudnia 2012

O Ławrowie i nie tylko :)

Święta już za nami, na półce cała masa kryminałów retro (i nie tylko), które już wkrótce zrecenzujemy specjalnie dla Was :) A na dobry początek proponuję wywiad radiowy z Łukaszem Śmiglem, który opowiada o kulisach powstawania powieści "W otchłani Imatry".

wtorek, 11 grudnia 2012

Wywiad z Arthurem Conan Doyle'em (część pierwsza)


Jak obiecywaliśmy wcześniej - będziemy sukcesywnie zamieszczać fragmenty powieści, opowiadania, przedruki artykułów, wywiadów i wiele innych retro-ciekawostek :) Dziś mamy dla Was prawdziwy rarytas - pierwszą część wywiadu z samym sir Arthurem Conan Doyle'em! Kolejny fragment już wkrótce. Przyjemnej lektury!
 
*
 

Rys. Krzysztof Chalik
W 1892 roku Artur Conan Doyle udzielił wywiadu magazynowi „The Strand”. Dzięki niemu zyskujemy fascynujący wgląd w życie prywatne pisarza, spojrzenie na jego pracę oraz najsłynniejszego bohatera, Sherlocka Holmsa. Poniżej tłumaczenie tej rozmowy...

Dzień z doktorem Arturem Conan Doyle’em
Harry How

Doktor Conan Doyle dał nam cenny dar – powieść detektywistyczną. Powoli stawaliśmy się znudzeni tradycyjnym przedstawicielem fachu śledczego. Zazwyczaj był on przeciętnym człowiekiem, który podążając tropem wyraźnych wskazówek, odkrywał tożsamość przestępcy. Każdy przeciętnie inteligentny człowiek byłby w stanie go zastąpić bez potrzeby wzywania policji czy prywatnego detektywa. Za sprawą doktora Doyle’a na scenie pojawił się Sherlock Holmes, bohater tyleż bystry, co błyskotliwy, spokojny i opanowany. Tylko on mógł dostrzec w kłębku wełny poszlakę wskazującą na morderstwo i doprowadzić do skazania przestępcy za pomocą spodeczka mleka. Wszystkie „drobiazgi”, które my uznalibyśmy za nieistotne, jemu służyły do rozwiązania zagadki kryminalnej. Holmes ma duszę artysty, który lubi trzymać czytelnika w niepewności. Choć sprawę rozwiązuje zwykle w mgnieniu oka, to jej sekret trzyma w tajemnicy do ostatniej chwili. Tożsamości przestępcy nie poznamy do samego końca opowiadania, tonąc za to w morzu poszlak. W końcu, gdy już się poddamy, Sherlock wyjaśnia całą zawiłą intrygę.

O zasługach Holmsa myślałem, kierując się do eleganckiego domu z czerwonej cegły w dzielnicy South Norwood. Tam waśnie mieszka doktor Conan Doyle – człowiek, który okazał się przeciwieństwem moich wyobrażeń na temat pisarza kryminałów. Nie miał ani przebiegłego wzroku, ani nie przypominał detektywa. Nie wyglądał nawet na współczesnego amatora tajemnic. Był sympatycznym, wesołym i szczerym człowiekiem o duszy domatora. Doktor Conan Doyle jest wysoki i ma szerokie barki, a kiedy ściskał moją dłoń na przywitanie, robił to szczerze i z ogromną siłą. Jego cera jest brązowa od słońca, ponieważ pisarz uwielbia przebywać na świeżym powietrzu i jest wielbicielem sportów: piłki nożnej, tenisa, kręgli i krykieta. Jego przeciętna w tym sezonie to dwadzieścia punktów podczas partii. Doktor Doyle jest zapalonym fotografem-amatorem. Szczególną radość sprawia mu jazda na rowerze. Uwielbia wsiąść na tandem i jechać z żoną na przejażdżkę. Ich ulubiona trasa liczy sobie aż trzydzieści jeden mil! Doktor Doyle przekazał tę pasję swej córce i częstokroć biega za nią po trawniku, pilnując, aby trzyletnia Mary nie spadła z roweru.

Moją wizytę rozpocząłem od poznania doktora i jego przeuroczej żony. Oprowadzili mnie po swoim domu. Szczególną uwagę zwróciłem na gabinet pisarza. Na jego ścianach wiszą obrazy namalowane przez ojca pana Doyle’a, ten bowiem pochodzi z rodziny o artystycznych korzeniach. Jego dziadek, John Doyle, był tajemniczym i uwielbianym „H.B”, którego ilustrowane satyry polityczne ukazywały się w przeciągu trzydziestu lat. Zadziwiające, ale tożsamość ich autora nigdy nie została w tamtym czasie wyjawiona. Kilka z nich rząd zakupił za sumę tysiąca funtów i przekazał do zbiorów British Museum. Popiersie artysty znajduje się także w holu posiadłości. Synowie Johna Doyle’a także byli uzdolnieni. „Dicky Doyle”, jak był nazywany przez bliskich i przyjaciół, zaprojektował okładkę „Puncha”. Jego podpis, niewielkie „D” z ptaszkiem na górze, widnieje w rogu obwoluty. Na honorowym miejscu w gabinecie wystawiony jest bardzo ciekawy szkic, którego reprodukcja znajduje się poniżej. Doskonale komponuje się z portretem J.M. Barrie. Szkic został wykonany przez Johna Doyle’a i przedstawia Królową, gdy ta miała sześć lat. Uchwycił ją, gdy udawała się na przejażdżkę konną po Hyde Parku. Opowieść głosi, że księżniczka spostrzegła artystę i zatrzymała wierzchowca, aby ten mógł namalować jej portret.

Jadalnię także zdobią obrazy, a te wyszły spod pędzla brata pana Doyle’a. Obok nich można dostrzec trofea, jakie gospodarz przywiózł z Arktyki, gdzie klimat jest znacznie mroźniejszy niż w naszych stronach. Salon z kolei jest wygodny i przytulny, fotele są miękkie, a popołudniowa herbata orzeźwiająca, podobnie jak wyborny chleb i świeże masło. Zauważyłem portret zbiorowy angielskiej drużyny w krykieta, która w zeszłym roku wyprawiła się do Holandii. Doktor Doyle był jednym z zawodników. Obok obrazu znajduje się wiele innych, namalowanych przez ojca naszego gospodarza.

– Widzi pan tę paterę w rogu? – spytał mnie doktor Doyle, wskazując na biało-niebieskie naczynie. – To jeden z talerzy obiadowych wicekróla Egiptu. Kiedy wyjeżdżałem z Portsmouth, odwiedziła mnie dawna pacjentka. Na pożegnanie sprezentowała mi drobny podarunek, abym o niej pamiętał. Jej syn służył na pokładzie „Inflexible” w czasie bombardowania Aleksandrii. Jedna z kul armatnich przebiła ścianę pałacu wicekróla i kiedy młodzieniec dostał się przez dziurę do środka, okazało się, że trafił do kuchni! Szybko uznał, że to najcenniejszy przedmiot, więc zabrał talerz. Dla owej starszej damy była to najcenniejsza pamiątka, ale prosiła mnie gorąco, abym przyjął podarunek. Sporo myślałem o tamtych wydarzeniach.

Zapaliliśmy cygara i wróciliśmy do gabinetu.

Doktor Doyle urodził się w Edynburgu w 1859 roku. Wysłano go do prywatnej szkoły Stonyhurst w Lancashire, gdy miał dziewięć lat. Szybko zajął się wydawaniem szkolnej gazetki, w której drukował także swoją poezję. Po siedmiu latach wyjechał do Niemiec. W szkole spotkał kilku młodzieńców z Anglii, z którymi także nawiązał współpracę dziennikarską. Niestety, ich opinie były zbyt odważne, a za motto gazety przyjęli sentencję: „Niczego się nie obawiaj, pisz o tym”. Artykuł traktujący o cenzurze listów do chłopców oraz cięty język, jakim go napisano, sprawiły, że stanęli oni przed sądem i publikacja kolejnych numerów została zakazana. W wieku siedemnastu lat doktor Doyle wrócił do Edynburga i rozpoczął studia medyczne. Dwa lata później wysłał do „Chambers’s Journal” swoją pierwszą próbkę literacką, opowiadanie „The Mystery of Sassassa Valley”, za które otrzymał wynagrodzenie w wysokości trzech gwinei...

CDN.
 
Przełożył: Marcin Roszkowski

(Wywiad ukazał się w trzecim numerze czasopisma „Coś na Progu” www.cosnaprogu.blogspot.com)

niedziela, 9 grudnia 2012

Artykuły: Retro-spekcja

Na blogu naszego czasopisma http://cosnaprogu.blogspot.com/ możecie już przeczytać relację (a nawet fotorelację;) z premiery powieści "W otchłani Imatry". Podczas spotkania rozmawialiśmy między innymi o "Zbrodni i karze", mrocznym Petersburgu oraz o fenomenie powieści retro.

No właśnie, jak to jest z tymi rosyjskimi kryminałami? Skąd się właściwie wzięły? Aby przybliżyć Wam historię tego gatunku, proponuję lekturę artykułu, który pojawił się w drugim numerze czasopisma "Coś na progu" :)


"Na początku była zbrodnia..."

Gdzieś pomiędzy nieustajacymi napadami epilepsji, umilając sobie grą w ruletkę przerwy w kolejnych oświadczynach, Fiodor Dostojewski zdołał jakoś napisać Zbrodnię i karę. Kto by przypuszczał, że po latach powieść ta zostanie uznana za jeden z pierwszych kryminałów psychologicznych, a sam autor - za prekursora gatunku, który dwa stulecia później zawładnie rosyjskim rynkiem wydawniczym...

To właśnie tam, w mrocznych zaułkach Petersburga narodziła się moda na zbrodnię, a co za tym idzie — na jej literacką kreację. Trzeba zaznaczyć, że kryminał, choć nie najmłodszy, nie schodzi dziś z rosyjskich list bestsellerów i potrafi przyciągnąć nie tylko czytelników, ale i samych autorów. Na czym polega fenomen tego gatunku? Miłośnicy Akunina czy Buszkowa na pewno zgodnie stwierdzą, że tajemnica tkwi w stylizacji.

A zatem, czym jest ów osławiony rosyjski kryminał retro? Utarło się określać tym mianem powieści, których akcja rozgrywa się na terytorium carskiej Rosji, a wszelkie wydarzenia nie przekraczają rewolucji październikowej. Co ciekawe, utwory stylizowane na retro nie są wynalazkiem czysto rosyjskim, a podobnie jak głębokie dekolty, jeansy czy muzyka pop – pomysł przypłynął do Słowian z Zachodu.

W Europie moda na „starocie” rozpoczęła się jeszcze w latach 40. XX wieku. Każdy z nas pamięta przynajmniej jedną książkę, w której obdarzony nieprzeciętnym intelektem detektyw rozwiązuje starożytne, średniowieczne czy też wiktoriańskie zagadki kryminalne. Wystarczy wspomnieć zażywnych mnichów z Imienia róży Umberto Eco lub uśmiechnąć się do zakurzonych powieści sir Arthura Conan Doyle'a.

Jednak, chociaż wpływy zagranicznych autorów pozostawiły widoczny ślad na późniejszych przygodach Erasta Fandorina czy Rodiona Wanzarowa, rosyjski kryminał retro posiada jedną niezaprzeczalną zaletę – jest głęboko osadzony w kulturze. Niemal w każdej powieści tego gatunku między wierszami ukryta jest druga, o wiele głębsza i nakierowana na współczesną problematykę historia. A słynny płaszcz historyczny znajduje swoje ujście nie tylko w opisywanych wydarzeniach i dialogach bohaterów, ale i w komentarzach samego narratora, który niekiedy z nostalgią, innym razem z nieukrywaną ironią wspomina „stare dobre czasy”.

Do szeroko pojętego retro zaliczają się nie tylko kryminały historyczne autorstwa współczesnych pisarzy, ale również powieści i opowiadania kryminalne, powstałe w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. Wspomniany Dostojewski to zaledwie kropla w morzu zapomnianych nazwisk, które dziś przewijają się jedynie przez opasłe tomy historii literatury lub ożywają na chwilę w habilitacjach słowiańskich badaczy.

Na długo przed rozterkami Raskolnikowa powstawały opowieści o czołowych ówczesnych szajkach i znanych kryminalistach. Swoje pięć minut przeżywała też zapożyczona z Hiszpanii powieść łotrzykowska i inspirowane nią utwory. Przykładem mogą być chociażby przygody Wańki Kaina, humorystyczne szkice autorstwa Matwieja Komarowa. Powieść tę uważa się również za jeden z pierwowzorów rodzimego kryminału. Pisarz ukazuje w niej losy moskiewskiego złodzieja i rozbójnika, który dzięki swojemu sprytowi i znajomości przestępczego półświatka zyskuje przychylność władz i, jako detektyw Iwan Osipow, sam zaczyna ścigać złoczyńców.

O życiu kryminalnym Moskwy i Petersburga snuto najrozmaitsze opowieści. Często przybierały one formę opowiadań o postępowaniach sądowych, a niejednokrotnie twórcy korzystali z autentycznych dokumentów i zapisów z ówczesnych rozpraw. Pojawiały się nawet wątki polskie, jak w Sprawie korneta Jełagina Iwana Bunina. W historii o śmierci polskiej aktorki, Marii Wisnowskiej, zamordowanej przez oficera gwardii carskiej, wykorzystane zostały akta procesu, przeprowadzonego w Petersburgu pod koniec XVIII wieku.

Oczywiście te pierwsze utwory były bardzo surowe i ukazywały rosyjską rzeczywistość w nieco okrojonych, beznadziejnych barwach. Prezentowane wydarzenia stanowiły zazwyczaj tylko tło dla właściwych rozważań. Pisarze poruszali w swoich dziełach problemy natury filozoficznej i etycznej, a misją literatury było przede wszystkim wywieranie wpływu na odbiorcę, a nie zarabianie na samą siebie. Taśmowa produkcja i klonowanie pomysłów zza granicy – to już domena współczesności.

Dziś, spacerując po Nowym Arbacie, jednej z najsłynniejszych moskiewskich ulic, nie sposób nie zauważyć monumentalnego pawilonu z równie pokaźnym zielonym szyldem – „Dom książki”. Przemierzając dziesiątki alejek tego przybytku, można się poczuć jak „zagubiony w czasie i przestrzeni” bohater Horroru w Arkham. Jednak zaprawieni w poszukiwaniach czytelnicy doskonale wiedzą, że cel ich literackiej podróży znajduje się w opatrzonym magnetyzującą nazwą detektiv, dziale numer 6. Tam właśnie, wśród rzędów półek ukrywa się cała plejada znanych nazwisk – gigantyczne kryminale królestwo, prawdziwa historyczna „retro-spekcja”.

Choć nikt nie powie tego wprost, między kolorowymi okładkami rządy sprawuje literacki mezalians – wyniesiony na piedestał car Akunin i importowana z Polski cudzoziemka, Joanna Chmielewska. Pozostali pisarze, mniej lub bardziej świadomie, oddają swoisty hołd ich twórczości. Warto też zwrócić uwagę na ciekawą tendencję. Wśród męskiej części pisarzy dominuje wzorowana na zachodnich mistrzach gatunku chęć stworzenia cyklu o słynnym detektywie. Aż dziw, że lubujący się w podróżach Erast Fandorin nigdy nie spotkał na swojej drodze genialnego żandarma Aleksieja Bestużewa. A przecież ten ostatni, bohater powieści Aleksandra Buszkowa, rozpracował szereg intryg w dzisiejszym Krasnojarsku, a nawet powstrzymał zamach na cesarza Austro-Węgier, Franciszka Józefa. A już na pewno któryś z nich powinien słyszeć o obrotnym studencie prawa Władimirze Uljanowie, który w wolnych chwilach ścigał przestępców w zapomnianych wioskach guberni samarskiej. Co ciekawe, nazwisko autora cyklu o pomysłowym Wołodii – Witalij Danilin, to pseudonim, pod którym ukrywają się dwaj twórcy, Witalij Babienko i Daniel Kluger. Widocznie moda na pisarskie alter ego stanowi dość charakterystyczną manierę wśród rosyjskich literatów.

Za niezaprzeczalny fenomen na wschodnim rynku wydawniczym należałoby natomiast uznać kryminały dla kobiet. Jest to w tej chwili zdecydowanie najbardziej płodna i poczytna nisza. Pretendujące do roli rosyjskiej Agathy Christie pisarki prześcigają się w kuriozalnych pomysłach, jak by tu przyciągnąć czytelnika. Czasem wystarczy chwytliwy tytuł i przepełniony ironią język, innym razem warto zadbać o bogaty image, jak w przypadku Darii Doncowej, która na oficjalnej stronie internetowej rozwodzi się nad zaletami swoich ukochanych mopsów.

W oceanie rosyjskich konceptów niekiedy trudno wyłowić prawdziwą perłę. Wielu autorów kryminałów powiela, rozszerza lub na siłę udoskonala znane motywy. Natomiast za ogromną zaletę powieści retro na pewno trzeba uznać głębokie zakorzenienie w rodzimych realiach. Rosja Carska ma w sobie pewną monumentalną magię, urok, któremu pisarze nie mogą się oprzeć.

Przepełniony ideami Dostojewski zapoczątkował niekończącą się, wieloletnią tradycję, by po latach samemu znaleźć się na kartach powieści południowoafrykańskiego autora, laureata Nagrody Nobla, Johna Maxwella Coetzee. Mistrz z Petersburga na wieki zapisał się w pamięci Rosjan czy to pod postacią szalonego Raskolnikowa, czy dzięki wszystkim późniejszym powieściom, nawiązującym do mrocznych, dziewiętnastowiecznych zaułków ówczesnej stolicy.
Agnieszka Papaj

piątek, 30 listopada 2012

Tytułem wstępu


Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce. Gdy koleżanki skakały w gumę i organizowały grupowe wycieczki do pierwszego gorzowskiego centrum handlowego "Panorama", Papajka siedziała zakutana w koc - obowiązkowo plecami do ściany - i po raz enty pochłaniała "Psa Baskerville'ów. Gdy powieść dobiegała końca, a niecny pan X.X ponownie niknął w otchłaniach mokradła, Papaj (z kocem na ramieniu, plecami do ściany) wlókł się do sąsiedniego pomieszczenia i zmuszał rodzica płci brzydkiej do przywoływania z pamięci kolejnych historii o mrożących krew w żyłach przygodach cudownego Sherlocka Holmesa.

Ten swoisty rytuał powtarzał się co sobotę. Aż pewnego dnia rodzic, wymęczony niekończącymi się opowieściami, zdecydował się na krok iście niepedagogiczny i ściągnął z niedostępnej dla mikrusa półki TĘ książkę. W tempie, którego nie powstydziłby się Robert Kubica, wyrwałam rodzicowi bezcenny tom (a nuż się rozmyśli!) i pięć sekund później wciśnięta w kąt, z podkulonymi nogami i nieprzyzwoitymi wręcz wypiekami na twarzy, zaczęłam recytować:

„Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło -
I zostało tylko dziewięć […]”.

Pod koniec pamiętnego dnia, drżącym z emocji głosem, z wyrazem pełnej satysfakcji na twarzy mogłam wyskandować: „I nie było już nikogo”...

Od tej pory całym moim literackim światem zawładnęły powracające wciąż pytania: „Dlaczego nie Evans?”, „N czy M?”, a pozornie niewinna dziecięca wyliczanka „Entliczek pentliczek” nagle nabrała zupełnie innego sensu. Wraz z cudacznym Herculesem Poirot przemierzałam Europę w luksusowych wagonach Orient Expressu, pływałam po mętnych wodach Nilu i zachwycałam się egzotyczną Mezopotamią. Przez cały ten czas w głowie kołatała się jedna natrętna myśl: „Kto zabił?”.

Ten niezwykle płodny romans z genialnym monsieur Poirot trwał nieprzerwanie do drugiego roku studiów. Wtedy to w przydworcowej księgarni w Kaliningradzie natknęłam się na półkę, zdominowaną przez powieści o pewnym radcy stanu, który jako pierwszy był w stanie zrzucić z piedestału słynnego Belga.

Dziś Erast Fandorin, bohater cyklu kryminałów Borysa Akunina podbija nie tylko rosyjskie księgarnie, ale i serca miłośników retro na całym świecie. Nie ukrywam, że moje zdobył od pierwszego wejrzenia. Być może była to zasługa stylizacji, a może urzekł mnie nawiązaniami do literatury brytyjskiej – nie jestem w stanie stwierdzić.

Jedno jest pewne, oprócz powtarzającego się pytania „Kto zabił?” w moim repertuarze na stałe zagościło kolejne: „Jak on to zrobił?!”. Bo trzeba przyznać, że cały urok rosyjskich powieści detektywistycznych kryje się właśnie w niecodziennej, zaskakującej fabule, w której najciekawsza jest nie postać mordercy, a jego motywacja i pomysłowość. A tej ostatniej nie brakuje nie tylko współczesnym pisarzom, ale i ich poprzednikom, jak Orłowiec, Zarin czy Ławrow.

I właśnie o takich nietuzinkowych autorach i o takich oryginalnych kryminałach będziemy opowiadać Wam na tym blogu. Nie zabraknie też oczywiście konkursów, wiadomości o najnowszych publikacjach, recenzji i fragmentów książek, które każdy fan tego gatunku obowiązkowo powinien przeczytać! Zapraszam.